PRZEDMOWA LUDWIKA KRZYWICKIEGO DO „KULTURY” STEFY NA CZARNOWSKIEGO

Przyznaję się szczerze do grzechu. Oto prócz dużego dzieła o świętym Patryku i przyczynków do rodowodu bajki, wygłoszonych dwukrotnie na uroczystych otwarciach roku akademickiego w Wolnej Wszechnicy Polskiej, do chwili ostatniej nie miałem w ręku żadnej innej pracy Stefana Czarnowskiego. Bynajmniej nie dlatego, żebym lekceważył jego twórczość naukową, ale dla tej prostej przyczyny, iż dotrzeć do jej płodów bynajmniej nie było rzeczą łatwą. Parę z mich, jak Idee kierownicze ludzkości, jak przedmowy do nowych wydań Stanisława Staszica, istniały w formie książkowej. Ale inne, i to najbardziej zasadnicze, były drukowane w czasopismach i wydawnictwach niekiedy całkowicie niedostępnych w Warszawie dla nic-specjalisty, bo w publikacjach francuskich poświęconych studiom nad kulturą celtycką, w sprawozdaniach zjazdów międzynarodowych z zakresu historii reliigii. Czasopisma zaś, nawet miejscowe, mają to do siebie, że prace w nich ogłoszone zacierają się niebawem w pamięci ludzkiej lub mijają niedostrzeżone. A szkoda wielka. Są to bowiem – kiedy obecnie wypadło mi się z nimi zaznajomić – niewątpliwie rzeczy wartości niepośledniej. Podnoszą moc zagadnień, nie cofają się przed szczegółami faktycznymi, których obfitość świadczy o olbrzymiej erudycji autora, i poddają przedmiot wnikliwemu rozbiorowi, jaki jest nieodłączny od autorów, od każdego wielkiego smakosza nauki. Z nowego punktu widzenia rzucają światło na stare rzeczy i zawsze zdumiewają swoim ujęciem przedmiotu. Daje się odczuwać w nieb przemyślenie trwające długimi czasy, może nie zawsze dokonywane w pełni świadomości dróg, którymi kroczyło, gdyż było wypracowywane w żywiołowej cerebracji – to znaczy umysł w ciągu miesięcy, a może lat, był ciężarny zagadnieniem i lubował się nim, trudził się nad nim, że tak rzekniemy, pod progiem świadomości, czasami wydobywał z siebie ten lub inny wątek całości, niekiedy zapominał o nim na jakiś czas, aż wreszcie z tej lub innej okazji wyłaniała się całość w powiązaniu doskonałym i pogłębieniu zdumiewającym. Niestety, tych przyczynków nie jest wiele. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż w stosunku do swojej erudycji Stefan Czarnowski pozostawił po sobie mało, nawet bardzo mało. I znowu wypada mi powiedzieć – szkoda. Wprawdzie nawet jego prace dobrane są cennymi wkładami w naszym piśmiennictwie naukowym, ale wolałbym, ażeby ich było więcej.

Przy rozważaniu całokształtu tej twórczości uderza rzecz jeszcze inna. Jest to olbrzymi zasięg zagadnień, które pociągały ku sobie Stefana Czarnowskiego. Na pierwszym miejscu wymienimy jego przyczynki z zakresu dziejów kultury celtyckiej. Dajemy im pierwszeństwo i z tego powodu, że należą do tych, ku którym nie tylko badawczą myślą, ale jak gdyby nawet uczuciowo wciąż ciążył nasz badacz. Poczesne stanowisko należy się tutaj dużej pracy poświęconej czci bohaterów i warunkom społecznym, wśród których cześć ta się poczyna. Stefan Czarnowski zbadał ją na jednym konkretnym (przykładzie: bohater narodowy Irlandii, św. Patryk, pociągnął go ku sobie. Ręczono mi stanowczo, że działały w tym kierunku pobudki jedynie naukowe – żądza zaznajomienia się z tak ciekawą, a zagasłą przedwcześnie kulturą celtycką. Ale były to czasy (1885-1904), kiedy sympatie dla Irlandii i nawet Bretonii były w Warszawie bardzo silne. Aż cenzura musiała powściągać ich wyraz w prasie. Możliwe, iż w tajemniczej a bezwiednej sprawie poczynania się naszych zainteresowań te czynniki jakoś oddziałały na wrażliwego młodzieńca. Do mitów celtyckich, drobniejszego już znaczenia, Stefan Czarnowski wracał kilkakrotnie. Niewątpliwie cenne są jego przyczynki do rozbioru porównawczego bajek, jąk np. bajki o damie Nehalennia lub o kozie, kózce i wilku, bądź wycieczki w świat mitów polinezyjskich, np. o bogu-stwórcy kosmogonii tamtejszych, lub nawet w sferę pierwotnej teorii poznania i jej poglądów na istotę przestrzeni.

Drugą dziedziną jego zainteresowań były dzieje kultury. W ciągu lat pięciu podejmuje te zagadnienia na łamach miesięcznika „Wiedza i Zycie“. Przyczynki te w liczbie kilkunastu wiążą się w jedno pasmo. Brak tam jednak pomiędzy pojedynczymi częściami jak gdyby ogniw pośrednich: przedwczesny skon nie pozwolił na ich opracowanie. Już zmożony śmiertelną chorobą pragnął dyktować ostatni rozdział, swą – jak się wyrażał – „klamrę syntetyczną“, która powiązałaby poszczególne części w spójną całość – niestety’, zabrakło nie chęci po temu i ‚zrozumienia, jeno sił… Takie rozmyślania, jak nad przetwarzaniem kultury, jej przejmowaniem lub odnawianiem, nad powstawaniem nowej, miejscami dotykają najżywotniejszych spraw chwili obecnej. Zwłaszcza w ostatnich co do czasu szkicach drgają żywo zagadnienia i hole teraźniejszości. W całości swej szkice te są wkładem obfitującym w oryginalne ujęcia nawet zagadnień już dawniej dotykanych. Między innymi Stefan Czarnowski śmiało porusza sprawę powstawania nowej kultury wśród warstwy robotniczej i wita z całą sympatią i uznaniem jej narodziny. (W związku z tymi przyczynkami pozostaje niewielka, ale cenna książka o ideach kierowniczych ludzkości – od czasów rzymskich do ostatniej chwili).

PRZEDMOWA LUDWIKA KRZYWICKIEGO DO „KULTURY” STEFY NA CZARNOWSKIEGO CZ. II

Istnieje jeszcze jeden dział zagadnień, który przykuł był do siebie uwagę Czarnowskiego. Jest to rola w życiu społecznym różnych wykolejeńców – ludzi na marginesie. Temat ten podsuwał on słuchaczom w swoim seminarium, często do niego wracał w rozmowach i w końcu poświęcił mu parę przyczynków. Ludziom na marginesie zawdzięcza w znacznej mierze swoje zwycięstwo hitleryzm – tłumom młodzieży wykolejonej z normalnych możliwości zarobku. Nie mogę twierdzić tego stanowczo, ale mam wrażenie, iż zmarły – przecież nie tylko badacz, ale również człowiek-obywatel, w najwyższym stopniu wrażliwy na wielkie idee i wrogi czynnikom, które zmierzają ku ich zdławieniu – właśnie zastanawiając się nad rodowodami wszelakich totalizmów i nad zastępami, które zapewniły im zwycięstwo, dorobił się swoich poglądów o ludziach na marginesie. Ludźmi na marginesie zajął się ongi W. Berent w swoich Żywych kamieniach – łazęgami ‚ wywołującymi fermentację dokoła siebie w średniowieczu. Ująwszy przedmiot w opracowaniu artystycznym, wysuwając konkretne jednorazowe sytuacje Stefan Czarnowski stworzył rozległe tło uogólniające pod to zagadnienie, podłożył je pod przeszłość, a co ważniejsza, rzucił silne światło na teraźniejszość.

Zaznaczyliśmy, iż Stefan Czarnowski był nie tylko uczonym, ale także wrażliwym człowiekiem-obywateiem. Jego rozważania nad ludźmi na marginesie, jak również niektóre z przyczynków wchodzących do książki niniejszej, powstały w całkowitym poczuciu, iż nauka nie może przejść w milczeniu nad tym, co dzieje się w życiu społecznym nas otaczającym. Stefan Czarnowski nie należał do rzędu olimpijczyków, którzy na cierpienia ludzkie, na krzywdy społeczne mają twarz obojętną. W całej pełni był obywatelem swego kraju: w potrzebie stanął do ordynku zbrojnego o niezależność Polski, współczuł zawsze z ruchami ludowymi i gorąco przejmował się sprawą niesienia przed narodem „kaganka oświaty“, całą mocą swojej uczciwości humanitarnej protestował przeciwko zajściom, które pojawiać się zaczęły na widowni naszego życia społecznego. Stanowisko jego w tym względzie było stanowcze i wyraźne. I bodaj nie mylę się przypuszczając, iż pono poświęciłby wiele, byleby nie okupić swoim milczeniem tego, co działo się dokoła niego. W każdym razie jego żywy stosunek do tych spraw przyczynił się do skonu bądź co bądź przedwczesnego. Poetka powiada, że wielkie serca wielkich klęsk są, przyczyną. Lecz bywa na odwrót: wielkie serca obumierają, gdy klęska zdziczenia krzewić się zaczyna dokoła nich – Stefan Czarnowski uległ atakowi serca…

Jużeśmy zaznaczyli, iż Stefan Czarnowski pozostawił po sobie niewiele w porównaniu ze swoją olbrzymią erudycją. Niewiele rzeczy, ale cennych. Gdy rozczytuję się w jego niewielkiej pracy o kozie i wilku albo z zakresu celtyckiego o damie Nehalennii, odnoszę wrażenie, że tego rodzaju szkice posiadają w ukryciu za sobą mnóstwo podobnych przyczynków i tematów nie ogłoszonych, lecz oczekujących swego następstwa. Badacz, kiedy gromadzi materiał do któregoś z nich, to przecież w toku tej czynności ma do czynienia z materiałami do wielu innych podobnego rodzaju wątków. Byłoby po prostu trwonieniem wielkim sił przewertować obfitą liczbę źródeł zawierających materiał do wielu tematów, ażeby z nich wybrać tylko jakiś jeden lub dwa. Ta niewspółmierność erudycji do pozostawionej puścizny nie jest przypadkowa. Zmarły należy do typu ludzi, którzy uzyskują podnietę twórczą właśnie podczas rozmów z innymi. Snują wtedy śmiałe i nieoczekiwane skojarzenia, zapładniają innych i przede wszystkim sami, że tak powiem, improwizują swoje wywody. Właśnie dzięki tej stronie swojej umysłowości Stefan Czarnowski był nieocenionym kierownikiem, poprawiny się i powiedzmy: współtowarzyszem uczestników swoich seminariów. Człowiek o wszechstronnej i rozleglej erudycji, podniecany zapytaniami, potrzebował pewnego czasu, ażeby wdrożyć się w dane skojarzenia, nim zaczął olśniewać wygłaszanymi pomysłami. A wtedy nie tylko improwizował, lecz wczuwał się takie głęboko w przedmiot. Pociągał nie tylko uogólnieniami, lecz przytłaczał także drobiazgowymi faktami. Inna rzecz była z pisaniem – rzadko ujmował na papierze te swoje skojarzenia. I mimo woli nastręcza mi się jedno porównanie – z człowiekiem z dalekiej przeszłości. Nie chodzi o mierzenie wielkości jednego i drugiego, lecz tylko o strukturę duchową obu. Mam na myśli Sokratesa. Rzecz ciekawa, że po tym myślicielu nie pozostało ani jednego słowa przezeń napisanego. Cała jego moc tkwiła w rozmowach z innymi. Przyczynki pisarzy starożytnych do tego lub innego zagadnienia są jedynie odtworzeniem rozmów, które ten myśliciel toczył bądź z przyjaciółmi, bądź z osobami, które do niego się zwracały. Ale czy pozostałoby cokolwiek po nim, gdyby istnienie owej puścizny zależało jedynie od tego, co osobiście byłby utrwalił pisaniem? Może się mylę, ale mam wrażenie, że w Stefanie Czarnowskim mieliśmy do czynienia z pokrewną umysłowością. Był człowiekiem potrzebującym dyskutować, ażeby wykazać całą głębię swoich pomysłów i całą siłę powiązań. Ale gdy przychodziło to przelać na papier, wysuwały się różne zastrzeżenia, ograniczenia, pogłębiania w szczegółach i szczególikach – ręka opadała i odkładała rzeczy na dalszą przyszłość.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>