O MONTAIGNE

Wielki to dla innie zaszczyt, że zaproszono mnie, bym mówił do przedstawicieli kraju i czcigodnego Uniwersytetu miasta Paryża, tu bowiem, w mojej młodości, po latach pracowitej włóczęgi dobiłem wreszcie do portu. Tu właśnie znalazłem był mistrzów, którzy najbardziej zaważyli na kształtowaniu się mego umysłu, tu pozyskałem przyjaciół najwierniejszych i najbardziej bezinteresownych, tu upłynęły najpiękniejsze lata mego życia. Tu wreszcie nauczyłem się kochać przepiękny klejnot tego kraju, klejnot Francji, ów Paryż, którego intelektualne promieniowanie od tak dawna przejmowało mnie zachwytem: miasto, które tak kochał Montaigne – „aż po jego brzydotę, aż po jego skazy“ – i dzięki któremu, jak sam mówił, nauczył się być Francuzem. Słowa wypowiedziane przez tego, któremu poświęcamy dzisiejszy wieczór, mają w sobie coś z prawdy powszechnie ważnej: kochamy Francję poprzez Paryż, uczymy się ją kochać przede wszystkim dzięki temu, że jej mózg i serce ukształtowało to cudowne ludzkie mrowisko, gdzie idee i namiętności, praca i wytchnienie, krótko mówiąc – życie ludzkie jest w nieustannym wrzeniu: pozwala nam ono dojrzeć coś więcej niż oblicze jednego kraju – choćby nim była owa Francja, a więc – jak pisał pewien poseł wenecki – „najpiękniejsze królestwo świata“. W kształtach miasta odsłania nam Paryż oblicze ludzkości!

W Paryżu też – dużo lepiej niż w Perigord, rodzinnym mieście Mon- taigne’a – uczymy się kochać najbardziej ludzkiego z myślicieli. Ale co wam powiedzieć o Montaigne’u, o którym tyle już napisano? Czy podobna dać coś naprawdę nowego w związku z problemem – czy raczej z problemami – jakie wynikają z jego Esejów? Czy nie lepiej byłoby podążyć za którymś z mistrzów o niezaprzeczonym autorytecie w tej dziedzinie? Lecz za którym? Wszyscy, którzy pisali o myślicielu, dostrzegali w nim przede wszystkim własne oblicze. Stało się z Montaigne’em to samo, co z tylu innymi, to samo, co z Sokratesem – rozmiłowanym w spekulacjach, finezyjnym u Platona, pełnym zdrowego rozsądku, a zupełnie pozbawionym polotu u Ksenofonta. Wielkością Montaigne’a – podobnie jak współczesnego mu Szekspira – jest to, że każda epoka odnajduje w nim siebie. Nie będę usiłował zainteresować was tym, co ja u niego znajduję, tym, co mnie się tam wydaje dobre. Wolę mówić nie o Mon- taigne’u w oderwaniu, lecz o Montaigne’u – dziecku swej epoki, owego cudownego wieku XVI, kiedy to wśród powszechnej anarchii duchowej waliły się od wieczne autorytety i w bólach rozpętanych przeciwieństw społecznych rodził się nowy porządek. W każdym razie Montaigne jest przedstawicielem tej epoki. Czy istnieje „duch“ wieku XVI – a raczej Odrodzenia? Montaigne przeprowadza bilans epoki.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>